A Pan Tomasz będzie czytał komunikaty w autobusach. To w uzupełnieniu Ksawerego Jasieńskiego w metrze. Cekawe co będzie czytał Lucjan Szołajski (nie napisali nic o nim na wikipedziach!!! skandal!)…
Dwa tygodnie temu jechałem po raz pierwszy od długiego czasu metrem, a tam kilka niespodzianek:
ekrany pokazujące za ile czasu przyjedzie metro
billboardy z reklamą Polska. The Times i z kolekcją koncertów rockowych na DVD
No wreszcie jakieś porządne dodatki do gazety. Na pierwszy ogień, tydzień temu U2. Dzisiaj Queen i… ZONK. Nima. Null. Nada. Co się okazuje?
Mając na uwadze prawnie chronione interesy artystów, jak i dobro naszych Czytelników, wydawca dziennika “Polska”, podjął decyzję o wstrzymaniu rozpowszechniania kolejnych płyt DVD z kolekcji “Ikony rocka”.
Drodzy Czytelnicy,
Do wydawcy “Polski” wpłynęły wiarygodne informacje z których wynika, że nasz kontrahent, z którym nawiązaliśmy współpracę w dobrej wierze, może nie posiadać uprawnień do dysponowania utworami objętymi kolekcją “Ikony rocka”, mimo wielokrotnych oświadczeń o ich posiadaniu.
November 24, 2007 at 00:16
· Filed under Słuchactwo by majaka
Tak sobie pomyślałam, że jak bym się trochę się zawzięła, to bym się nawet mogła zainteresować bardziej muzyką rozrywkową. Ale pewnie się (jak zwykle) nie zawezmę i nic z tego. Ale nawet jeśli nie, to i tak mogę się bawić godzinami youtube wyszukując moje ulubione kawałki. Na przykład ten:
Uwielbiam ich, wyglądają w tym teledysku jak zahipnotyzowani chłopcy z hitlerjugend a nie z Kraftwerk. O samej muzyce to już w ogóle nie trzeba nawet wspominać – cudna jest ta elektronika, nie zakłócona żadnymi niepotrzebnymi instrumentami! A w ogóle moim idolem został ten najbardziej z prawej – ma wieeelkie klawisze, a na teledysku naciska chyba tylko jeden. Normalnie mogłabym chyba być muzykiem w takim zespole!
Nie pisałam o tym wcześniej, ale to od dawna najprawdziwsza prawda… W czasach podstawówki jakoś nie kochałam się w Limahlu, ani w Pawle Stasiaku z Papa Dance, w ogóle nie przypominam sobie, żebym się kochała w jakimś piosenkarzu albo szarpidrucie. Teraz jestem za stara i mi nie wypada, ale jak bym była młodsza, to bym się zakochała w Jacku White z White Stripes. Na zabój.
Marek Niedźwiedzki odchodzi z Trójki. To koniec jakiejś epoki. Moje gusta muzyczne różnią się od jego gustów diametralnie, ale Listę Przebojów zawsze lubiłem słuchać. W ogóle lubiłem go słuchać (tak, jak wielu redaktorów z Trójki). Może w Radiu Złote Przeboje (to chyba dawna Pogoda, nie?) będzie równie fajnie, ale to jednak już nie będzie to samo. I Lista Przebojów zapewne zniknie. Ale nic nie może przecież wiecznie trwać…
Żałoba narodowa olana, ale warto było popatrzeć jak się dziadki żwawo ruszają. Koncert po prostu za-je-bis-ty. Muzycznie tylko trochę Keith Richards się nie popisał na wokalu. Ale on jest tak brzydki, tak uroczy, i z drzewa spadł, że trzeba mu wybaczyć.
Niespodzianką był wyjazd sceny w połowie koncertu kilkadziesiąt metrów wgłąb publiczności. Byliśmy 10 metrów od Micka Jaggera! Atoci! I było na pleksi koło Charliego Wattsa widać napisany zaplanowany repertuar koncertu Tyle, że jak scena wyjechała, to było znacznie gorzej słychać. No, ale coś za coś.
Repertuar całkiem w porzo: było Paint It Black, było You Can’t Always Get What You Want. Były standardowe hiciory: Start Me Up, Honky Tonk Woman, Miss You, Brown Sugar, It’s Only Rock’n'Roll, Jumping Jack Flash, Satisfaction. Była pani wokalistka chórkowa, która śpiewała 10 razy lepiej od Jaggera. Nie było żadnej balladki w stylu Angie. No ale niestety nie było Sympathy for the Devil I trwało 2 godziny zamiast obiecanych 2,5…
A. No i są już nędzne fotki z telefonu. Ale cokolwiek widać (kliknij zdjęcie, żeby przejść do galerii).
Najfajniejszym elementem wycieczki do miasta, którego nie ma, był koncert The White Stripes:
Naprawdę dali czadu, mimo że nie było Doorbella. A przed nimi (nadspodziewanie) mile zaprezentowali się Queens of the Stone Age oraz Satellite Party. Niestety zblazowani Angole nie są w stanie wyklaskać bisów. No cóż, ale oni mają więcej fajnych koncertów w ciągu tygodnia niż Polacy w ciągu roku…
Społeczne zapotrzebowanie na treści na blogasku zmusza mnie do pisania. Będzie zatem o Dżordżu, a dokładniej o głębokim głosie Dżordża, a dokładniej Dżordża Straita, gwiazdy muzyki country.
Dżordż dzielnie towarzyszył nam podczas wrześniowej amerykańskiej wycieczki, swoim głębokim głosem wyśpiewując ‘just give it awaaaay’ w każdej losowo wybranej stacji radiowej. Częstość pojawiania się Dżordża nie zależała w istotnym stopniu od miejsca pobytu, rodzaju stacji radiowej i w ogóle od niczego, Dżordż po prostu rządził w USA, a jak przez chwilę go nie było, to jakiś słuchacz dzwonił i prosił o powtórkę. Nadmiar “dżastgiwitełeja” zaczął mi doskwierać gdzieś w drodze powrotnej, w Oklahomie, czy tam Arkansas, o czym poinformowałam towarzyszy podróży. Pewnie niepotrzebnie, bo piosenka została nieformalnym hitem wycieczki.
A ten Dżordż to nie byle kto, a jego piosenka to już w ogóle, bo w maju dostała nagrodę Academy of Country Music dla najlepszej piosenki roku i w ogóle dla najlepszego singla. W związku z tym chciałam oficjalnie podziękować koledze Jankowi za prezent w postaci najnowszej płyty Dżordża, na której pierwszym utworem jest “Give it away”. Moja pierwsza płyta country!
That picture from our honeymoon, that night in Frisco Bay: Just give it awaaaaaaaaaaaay….